Dziś w nocy znów udało mi się wyjść poza ciało. Zaczęło się jakby w obszarze przyfizycznym. Odzyskałam świadomość, gdy byłam już oddzielona od ciała fizycznego, albo tylko lekko z nim związana. Wstałam z łóżka i skierowałam się do szafki, na której zostawiłam karteczkę z losowo wybraną cyfrą (od 1 do 8), którą przed pójściem spać z zamkniętymi oczami na niej położyłam. Chciałam sprawdzić, czy poza ciałem potrafię trafnie przeczytać numer. Niestety na karteczce zobaczyłam rysunek nabazgrany długopisem, w dodatku nie bardzo potrafiłam odgadnąć, co przedstawia, cyfry tam nie było. Podniosłam karteczkę, by się jej lepiej przyjrzeć i w tym momencie mi wypadła na podłogę. Gdy ją podniosłam był już na niej inny rysunek, trochę prostszy, ale i tak niezrozumiały. Domyśliłam się, że otoczenie, które widzę, nie jest obszarem przyfizycznym, lecz projekcją mojego umysłu (typową dla snu). Niby wszystko tak jak w rzeczywistości, a jednak to OSPUO. Tym razem postanowiłam nauczyć się latać. Odbiłam się od ziemi i zaczęłam lecieć przez dach w kierunku nieba. Pokonywanie dachu było dość nieprzyjemne (nie lubię chyba przechodzić przez materię gęstszą niż powietrze), ale gdy wzleciałam ku niebu i zobaczyłam gwiazdy, poczułam się jak w raju. Zaczęłam eksperymentować z szybkością lotu i wysokością. Nie zawsze dobrze mi szło. Czasem tak się rozpędzałam, że bałam się, że się zderzę z budynkami, innym razem nie mogłam przyspieszyć mimo wyszukanych ruchów mojego ciała niefizycznego. Przeważnie latałam techniką pływania żabką, choć przy szybszym locie wykorzystywałam sposób "na supermana". Ogólnie miałam dużo frajdy z tego. Była noc, gwiazdy na niebie, oświetlone ulice i place wokół budynków. Natrafiłam na szereg kortów do tenisa, na którym grali jacyś znajomi mi sławni ludzie, ale mimo przyglądania się im przez dłuższy czas nie mogłam przypomnieć sobie ich nazwisk. Przez chwilę miałam ochotę sama zagrać, ale zrezygnowałam z tej myśli na rzecz dalszego latania i poznawania przestrzeni. Gdy zawisłam jakieś 5 metrów nad ulicą, szczekał na mnie pies, a obok niego potężny bizon, który równie nieprzyjaźnie mnie potraktował. Z lękiem wzniosłam się wyżej. Potem wleciałam do budynku jakiegoś urzędu przez szybę, ale nic nie było tam ciekawego. Następnie odwiedziłam sklep, gdzie dla większości ludzi byłam niewidoczna, z wyjątkiem jednego mężczyzny, który zaczął mnie gonić. Potem to już akcja była typowa dla zwykłego snu i chyba nawet zaczęłam tracić świadomość, że śnię.
Dowiedziałam się, że obszar, do którego wychodzę poza ciałem, nijak się ma do rzeczywistości fizycznej. Jest to podobne, ale odrębne miejsce. Nie da się więc podglądać sąsiadów w realu itp. Stąd też pewnie moja nieudana próba zobaczenia cyfry na karteczce. Podobno można się dostroić do rzeczywistości fizycznej, ale jest to niezmiernie trudne.
Po dobrych kilku miesiącach postanowiłam znów zajmować się wychodzeniem poza ciało. W tym celu nastawiłam sobie budzik na 3-cią w nocy, ze względu na to, że podobno metoda 4+1 (4 godziny snu i godzina czuwania) jest najbardziej skuteczna. Budzik zadzwonił, ale ja bynajmniej wcale nie zamierzałam wstawać, byłam śpiąca i nieprzytomna. Wyłączyłam go i zapadłam w sen. Na szczęście wieczorem przewidziałam, że wstać w środku nocy będzie mi niezmiernie trudno i nastawiłam budzik na drzemkę. Zadzwonił ponownie po 5-ciu minutach. Tym razem powoli i leniwie zgramoliłam się z łóżka, tym bardziej, że starsznie chciało mi się pić. Przez kolejną godzinę słuchałam dźwięków na poprawienie koncentracji i całkowite wybudzenie, po czym położyłam się do łóżka.
Przez długi czas pilnowałam siebie, by nie stracić świadomości i nie zasnąć na dobre. Leżę tak, leżę i nagle słyszę, że dzwoni moja mama (w komórce dla niej mam zarezerwowany osobny sygnał). Co do licha? Mama dzwoni w środku nocy? Nigdy to dotychczas się nie zdarzyło. Już miałam odebrać, ale telefon zamilkł, a ja nagle uświadomiłam sobie, że to się nie dzieje rzeczywiście, że jestem już poza ciałem. Ogarnęła mnie radość i niestety ta emocja spowodowała, że wróciłam do świata fizycznego. Myślę sobie, no nic, może uda się jeszcze raz. I faktycznie, po kilkunastu minutach poczułam wibracje i wysunęłam się z ciała fizycznego. Jednak czułam, że jestem na granicy wybudzenia się, strasznie ciągnęło mnie do ciała fizycznego. Przypomniałam sobie o wirowaniu i pocieraniu dywanu jako sposobu na dostrojenie się i lepsze osadzenie w świecie niefizycznym. Wzięłam rozpęd i zaczęłam wirować w płaszczyżnie poziomej, równolegle do podłogi (trochę to przypominało wsiadanie i jazdę na karuzeli, która była w moim przedszkolu na placu zabaw, gdy byłam dzieckiem). W sumie fajna zabawa, tak kręcić się w kółko, jednak z czasem znudziło mi się. Ile można? Mam całe swoje wyjście zmarnować na bezsensowne wirowanie? W dodatku mimo tego zabiegu cały czas czułam, że ściąga mnie do ciała fizycznego. Przestałam więc się kręcić i zaczęłam pocierać dywan. No tak, fajne wyjście - jazda na karuzeli i pranie dywanu. W końcu mimo że nie było poprawy, siłą woli ruszyłam w kierunku łazienki. Skierowałam się tam dlatego, bo usłyszałam, że u sąsiadów coś stuka i pomyślałam, że przeniknę przez ścianę i zobaczę, co tam się dzieje. Ach, ta ciekawość! Gdy weszłam do łazienki, było w niej ciemno. Niewiele myśląc nacisnęłam kontakt włączający światło. I guzik, nie zadziałało. Co jest? Siedzenie w ciemności wcale mi się nie podobało. Powiedziałam więc na głos: "Niech stanie się światło". Kilka razy to powtórzyłam i nic. Zauważyłam natomiast fascynującą rzecz. Na jednym z moich palców było małe światełko koloru czerwono-białego. Gdy skierowałam ten palec na ścianę, przez którą planowałam się przedostać, działał jak latarka. Dobre i to. Zbadałam ostrożnie ścianę. Gdy ją dotknęłam dłońmi nic nie wskazywało na to, by można ją było przeniknąć, dawała opór taki jak w rzeczywistości. Gdy jednak naparłam na nią całym ciałem, udało mi się w nią wejść. Znalazłam się w szarej, porowatej materii i było to co najmniej nieprzyjemne, jeśli wręcz nie obrzydliwe. Na drugą stronę wysunęłam tylko głowę i przedramiona. Rozglądałam się zaciekawiona po pomieszczeniu, które się mi ukazało. Zobaczyłam wąski pokój o ciemnych granatowych ścianach i ciemnowłosego mężczyznę, który szedł w moją stronę. Z lekkim niepokojem pomyślałam, że mnie zobaczy i w dodatku w tak głupiej pozycji - połowa mojego ciała była w ścianie. Z zawstydzeniem odwróciłam głowę od tego mężczyzny, jakbym chciała w magiczny sposób zniknąć według zasady "ja cię nie widzę, to i ty mnie nie widzisz". Jednak po chwili zauważyłam, że mężczyzna ten zajmuje się swoimi sprawami i zupełnie nie zwraca na mnie uwagi. Z ulgą odetchnęłam - nie widzi mnie. Pomyślałam, że dość już tego podglądactwa. Nieładnie tak. Cofnęłam się do swojego mieszkania i z obrzydzeniem zauważyłam, że mam cement w ustach, przy czym usta jakby obejmowały całe moje ciało niefizyczne. Niestety chwilę potem mimowolnie obudziłam się w realu. I to była najdłuższa przygoda tej nocy.
W sumie miałam 3-4 wyjścia, ale tylko raz utrzymałam się na dłużej. W jednym ledwie wstałam do pozycji siedzącej i od razu się wybudziłam. W innym tylko wirowałam obok łóżka, a gdy przestałam, cofnęło mnie. Jednak jestem zadowolona - okazuje się, że mogę wychodzić i wracać po kilka razy na noc. To daje większe możliwości. Wszystko trwało 2 godziny, przy czym przez większość czasu zwyczajnie leżałam w łóżku próbując nie stracić świadomości i czekając na wyjście.
Miałam niezwykłe doświadczenie w nocy. Mimo że już świadomie nie próbuję wychodzić z ciała, coś się stało, że wyszłam podczas zwykłego snu.
Nocowałam u rodziców, spałam. Nagle obudziłam się we śnie, ale myślałam, że w rzeczywistości. Otworzyłam oczy. Obok mnie zobaczyłam istotę ze światła. Gdy się jej przyjrzałam, była płci męskiej, widać było kontury jej ciała. Natychmiast ogarnął mnie lęk. Boże, duch jakiś! Przecież się obudziłam, widzę na jawie duchy! Jednak po chwili stało się coś pięknego. Ta istota coś zrobiła z moimi emocjami, nie wiem jak. Lęk natychmiast odszedł i zastąpiły go uczucia bardzo silnej miłości, ufności, poczucie bezpieczeństwa. Byłam zafascynowana tym stanem i tą istotą, która teraz wydawała mi się bardzo przyjazna, akceptująca, kochająca i troszcząca się o mnie. Chwyciła mnie za ręce i delikatnie doprowadziła do pozycji siedzącej. Poczułam nieodparte pragnienie przytulenia się do niej, które ona natychmiast zaspokoiła obejmując mnie czule. Nagle sobie przypomniałam o OOBE i uświadomiłam, że istota ta właśnie pomogła mi opuścić ciało fizyczne. Bardzo się ucieszyłam. Potem straciłam świadomość. Odzyskałam ją ponownie będąc w niezwykle pięknej krainie. Potrafiłam unosić się w powietrzu. Obok mnie pojawił się mój tata - uczyłam go latania, tłumacząc, że jesteśmy poza ciałem i nie grozi nam upadek, pływaliśmy razem w rzece i skakliśmy z wysokiego zamku w dół. Wszystko było piękne i niezwykłe. Czułam się jak w raju.
Spałam dziś długo, prawie do 10-tej, i miałam świadomy lub raczej przedświadomy sen. Akcja rozgrywała się nad jeziorem - pływałam jakimiś łódkami, chodziłam boso po trawie i ścieżkach. W pewnym momencie pomyślałam: przecież ja śnię, spróbuję zrobić jakiś test rzeczywistości. Zdecydowałam, że obejrzę swoje ręce. Sen był bardzo płytki i co jakiś czas wyskakiwałam z niego - wtedy czułam, że marzę na jawie i jestem świadoma swoich fizycznych zamkniętych powiek. Gdy chciałam spojrzeć na swoje dłonie, trafiłam właśnie na tę fazę, ale chwilę później wróciłam do snu i udało mi się otworzyć oczy. Przyglądałam się swoim dłoniom jakiś czas, wyglądały identycznie z tymi fizycznymi i rozczarowana skłaniałam się ku stwierdzeniu, że jednak nie śnię. Jednak nagle zaczęły się mienić różnymi kolorami, jakby były obsypane błyszczącymi się drobinkami metalu. Patrzyłam na to z zachwytem, zastanawiając się skąd ten blask. Miałam dowód, że śnię i prawie w to uwierzyłam. Byłam wtedy na łódce, coś w rodzaju kajaku, siedziałam na przednim miejscu, a ktoś z tyłu wiosłował. Przemieszczaliśmy się pomiędzy drzewami rosnącymi po brzegach wody, obsypanymi kwiatami. Ich kolory były bardzo jaskrawe i wyglądało to przepięknie. A więc stąd ta poświata na moich dłoniach - odbija się światło od kwiatów. Mając wytłumaczenie dla dziwnego wyglądu dłoni, nie byłam już przekonana, czy to jawa, czy sen. Chciałam unieść się w powietrze, oderwać się od łódki choć odrobinę, by mieć kolejny dowód, że śnię, ale nic mi nie wychodziło - ciało było ciężkie jak w rzeczywistości. W dodatku wysiłek emocjonalny i intelektualny związany ze skupieniem się na tym, by lewitować, sprawił, że wróciłam do stanu jawy.
skomentuj (0)
Po raz pierwszy próbowałam eksperymentować wieczorem, a nie po 4-ch
godzinach snu. Włączyłam płytę H-S
wspomagającą osiąganie OOBE.
Przez pierwszą godzinę nic się nie działo, słyszałam dźwięki i
zastanawiałam się, czy w ogóle uda mi się zasnąć ciałem fizycznym, a
jeśli już to czy nie zasnę na dobre, z utratą wszelkiej świadmości.
Potem zaczęły się pojawiać sekundowe statyczne obrazy, znam je dobrze,
bo często je mam podczas głębokiej relaksacji i wiem, że nic nie znaczą,
nie gwarantują pójścia dalej, często na nich wszystko się kończyło.
Jednak z czasem zaczęłam gubić świadomość, ketrel osiągnął już max dawkę
we krwi, trudno się było oprzeć chęci odpłynięcia w sen. Jednak dźwięki
utrudniały kompletne oderwanie się od rzeczywistości. I nagle zaczęło
się.
Usłyszałam dziwne dźwięki, jakby te z płyty zaczęły rwać się, z
jednostajnych przeszły w falowanie, zgrzytanie, podrygiwanie, nie były
zbyt przyjemne. Jednocześnie zaczęłam dziwnie się czuć fizycznie -
jakbym była niedpasowana do siebie, jakby skóra była za luźna, by
szczelnie okryć moje ciało. Wewnątrz ciała czułam odklejanie się czegoś,
z czym się bardziej identyfikowałam niż z resztą, ta część lekko się
poruszała we wszystkich kierunkach, drgała, obijała się o resztę.
Podobnie jak przy pierwszym moim wyjściu, ale znacznie łagodniej. Nagle
poczułam, jak lecę w górę i w dal. Ucieszyłam się, że właśnie wychodzę z
ciała. Było ciemno, postanowiłam więc otworzyć oczy niefizyczne.
Zrobiłam tak i rozczarowałam się - zobaczyłam swój pokój w stanie, w
jakim go zostawiłam przed udaniem się do łózka (wszystko identyczne,
zapalona lampa). A niech to! Stwierdziłam, że musiałam otworzyć oczy
fizyczne i wszystko na darmo. Byłam pewna, że wyląduję w OSPUO, więc nie
mogło być mowy o moim pokoju widzianym tak jak w rzeczywistości. Teraz
jednak wiem, że wyszłam poza ciało, tylko znalazłam się nie w OSPUO, a w
obszarze przyfizycznym, a moje ciało grzecznie spało i wcale się nie
zbudziło. Zamknęłam oczy ponownie. Dziwne dżwięki ustały, słyszałam inne
dżwięki, ale nie te, które były faktycznie na płycie. W ciele też
niewiele się działo, w ogóle go nie czułam, żadnych wibracji, żadnego
kolebania się, żadnych fizycznych doznań. Pomyślałam, że powinnam jakoś
przewinąć płytę i ponownie posłuchać tamtych dżwięków, które sprawiły,
że odklejałam się niefizycznym ciałem. Sądziłam, że musiały być nagrane
na płytę, skoro je słyszałam (teraz domyślam się, że to były hipnagogi).
Jednak w tym momencie poczułam znów unoszenie się, tylko jakby wolniej i
nie tak daleko. Przypomniałam sobie, że należy wychodzić stopniowo,
więc próbowałam się skupić na rękach niefizycznych i wyciągnąć je z
ciała fizycznego. Tak, tylko jak to zrobić! Nie czułam, żebym w ogóle
miała jakieś ręce, czy nogi. Byłam jakąś bezkształtną masą. W końcu
jednak skoncentrowałam się na tyle, by poczuć obie ręce i nimi ruszyć.
Do tego momentu wszystko po ciemku. Ponownie otworzyłam oczy niefizyczne
i zobaczyłam ten sam pokój, co za pierwszym razem, z zapaloną lampą.
Tym razem jednak zachowałam rozsądek i postanowiłam sprawdzić, czy
obudziłam się fizycznie. Nie przyszły mi do głowy żadne testy
rzeczywistości poza próbą latania, która niestety nie powiodła się.
Pamiętałam jednak, że za pierwszym wyjściem też nie mogłam latać, za to
bez trudu zdałam inne testy rzeczywistości - wsunęłam rękę w szybę.
Szyby nie miałam w zasięgu wzroku, okna były zasłonięte, zdecydowałam
się więc podskoczyć tak wysoko jak się da i obserwować jak spadam na
ziemię. I tu cię mam! Opadałam bardzo wolno, jakbym nic nie ważyła, tak w
rzeczywistości nigdy się nie dzieje, miałam wręcz wrażenie, że zawisłam
nad podłogą. Więc to jednak OOBE, tyle że w obszarze przyfizycznym. Nie
wiem, czemu, ale nie byłam z tego zadowolona. Smutno mi się robiło,
czułam się zamknięta w tym pokoju, jakbym nie mogła przekroczyć jego
ścian, choć nawet nie próbowałam. Miałam przeczucie, że poza nim będzie
ciemno, w końcu jest noc. Nie wiedziałam, co mam tu robić, w końcu swój
pokój widziałam już tysiące razy i nie jest to atrakcyjny widok dla
mnie. Poskakałam trochę po meblach, przykleiłam się do oparcia fotela do
góry nogami :), wszystko tylko po to, by coś robić i nie odlecieć w
sen. W końcu bezradnie krzyknęłam parę razy bez przekonania: "MTJ,
pokieruj moją eksterioryzacją! Proszę, zabierz mnie stąd gdzieś!".
Poczułam wiatr, ale nie zza pleców, jak opisują inni obenauci, powiew
dochodził do mnie z zewsząd. Niestety percepcja zaczynała mi się rwać,
gubiłam świadmość i ją odzyskiwałam. Znalazłam się w dość ciemnym
miejscu wśród jakichś zabudowań, budynku otoczonego schodami, murkami
itp. Była noc, rozświetlana jedynie latarniami ulicznymi i jakąś
różowawą poświatą na niebie. Zobaczyłam dwoje młodych ludzi, ze względu
na półmrok nie mogłam przyjrzeć się ich twarzom. Bawili się w jakąś
bitwę, widziałam, jak chłopak złożył palce w "pistolet" i strzelał na
niby do dziewczyny, "kula" miała ją dosięgnąć telepatycznie, tzn. ona
miała to tylko poczuć. Czułam, że to była zabawa pozbawiona agresji,
oboje śmiali się, starając się uniknąć trafienia. W końcu się im
znudziło, dziewczyna gdzieś odeszła, a chłopak zbliżył się do mnie i
usiadł. Dzielił nas niski murek, przez który mnie dostrzegł. Zapytał, co
tu robię. Odpowiedziałam, że wyszłam poza ciało, ale znalazłam się w
obszarze czasu rzeczywistego i nie wiem, co dalej robić, to zabrzmiało
jak skarga. Chłopak potwierdził, że jest to czas rzeczywisty i jedynie
latarnie mogą nam rozświetlić przestrzeń. Miło mi się z nim rozmawiało,
aż znów poczułam, że tracę świadmość. Kolejne, co pamiętam, to jak idę z
dziewczyną i chłopakiem do jakiegoś bloku na osiedlu. Tam miała rzekomo
mieszkać osoba, która zna się dobrze na OOBE. Dziewczynę sciskam
kurczowo za dłoń, a ona mnie za przedramię - wygląda to tak, jakby
próbowała mnie uchronić przed upadkiem, jestem bardzo słaba i mam
zmąconą świadomość. W pewnym momencie próbując ogarnąć sytuację,
pomyślałam: "Co, u licha? To ma być OOBE? To jakiś zwykły sen chyba!".
Zniecierpliwiona postanowiłam wracać do ciała fizycznego.
Otworzyłam oczy fizyczne. Spojrzałam na zegarek. Od położenia się minęły
2 godziny. Byłam strasznie zmulona po tym ketrelu, w ustach sucho,
ślina gęsta, oczy się zamykają. Chwilę poleżałam i pomyślałam, że muszę
jednak wstać i spisać to, czego doświadczyłam, bo przy tak słabej
percepcji po nocnym śnie mogę nic nie pamiętać. Nabazgrałam dwie strony i
walnęłam się do łóżka, już bez żadnych dźwięków w uszach i bez zamiaru
eksperymentowania. Spałam jednak słabo pomimo ewidentnego działania
ketrelu. Rano wstałam obolała i niewypoczęta.
Położyłam się ok. 22:30. O 3-ciej nad ranem obudził mnie ostry miesiączkowy ból brzucha. Przyjęłam ibuprom, ale zadziałał z dużym opóźnieniem - po godzinie. Przez tę godzinę wierciłam się w łóżku strasznie cierpiąc. Gdy pozostała już tylko resztka bólu, wstałam, zrobiłam kawę bezkofeinową, wypaliłam papierosa (mając nadzieję, że nikotyna podziała przeciwbólowo, bo niedawno czytałam, że ma takie działanie). Wtedy pomyślałam, że skoro obudziłam się po 4 godzinach snu i godzinę już nie śpię, to może wykorzystać to do metody 4+1 dotyczącej wychodzenia poza ciało. Wróciłam do łóżka i zaczęłam liczyć od 100 do 1, podając sobie co jakiś czas afirmację: "MTJ pomóż mi, proszę, w wyjściu z ciała, jeśli to bezpieczne i jeśli jestem gotowa... jestem gotowa". Potem stwierdziłam, że liczenie wstecz mnie męczy i nie pozwala się zrelaksować, więc zaczęłam liczyć od 1 do 100. Dużo się myliłam, gubiłam, ale w końcu poczułam "siebie w sobie". Zastanawiałam się, czy mam poleżeć w tym stanie jakiś czas, bo nie było żadnych wibracji ani hipnagogów, wszystko przebiegło bezboleśnie i niepostrzeżenie. W końcu zdecydowałam się na ruch ciałem niefizycznym, raz kozie śmierć. Udało się. Poczułam gumociasto, ale lżejsze, bardziej luźne niż za pierwszym razem. Zaczęłam krzyczeć w myślach: "MTJ pomóż, pomóż, pomóż!", bojąc się, że tak jak za pierwszym razem, nie pokonam go samodzielnie. Jednak chyba wstałam ciałem niezfizycznym samodzielnie, bo nie czułam żadnego wpływu z zewnątrz, żadnego ciągnięcia. Byłam na łóżku, a wokół jasne otoczenie, jak za słonecznego dnia. Było jednak dość pusto. Zrobiłam kilka kroków wgłąb wyłaniającego się świata i zobaczyłam człowieka na huśtawce, takiej linowej, z deseczką wygiętą w łuk. Mężczyzna miał zszarzałe ubranie, a może tak mi się wydawało, bo patrzyłam na niego z odległości ok. 50 metrów. Moja fobia społeczna znowu dała o sobie znać. Pomyślałam z lękiem: "a jeśli to ktoś mi nieprzychylny, ktoś, kto zaatakuje, gdy do niego podejdę?". Wtedy wszystko zaczęło blednąć, rozpływać się i poczułam, że znów jestem coraz bardziej w ciele fizycznym. Przypomniałam sobie jeszcze, że bezpośrednio po wyjściu z ciała, należy wzmocnić fazę poprzez pocieranie czegoś (ciała, dywanu itp.) Próbowałam to zastosować, ale było już za późno, odzyskałam czucie w ciele fizycznym. A przecież faza była dostrojona, bo światło było jasne, widok ostry... Co się stało, że mnie cofnęło? Jaka szkoda...
skomentuj (0)
Po pierwszym "wyjściu" przez kilka dni byłam bardzo podekscytowana i
usilnie próbowałam "tam" wrócić. Po w sumie 7 godzinach bezowocnych
prób, stwierdziłam, że to podekscytowanie przeszkadza i blokuje mnie,
utrudnia głęboką relaksację (z płytką nie mam już problemu), więc
pogodziłam się z tym, że na kolejne wyjście nie jestem gotowa, że musi
coś we mnie dojrzeć. Do takiego wniosku skłonił mnie też krótki
kilkuminutowy (raczej nieświadomy) sen, który pojawił się w trakcie
jednej z prób świadomego opuszczenia ciała - byłam w nim na przystanku
autobusowym z tlącym się papierosem w dłoni (był już wypalony do końca).
Papieros wypadł mi na ziemię, podniosłam go, by wyrzucić do kosza i
wtedy poczułam, że moje ciało jest bardzo anemiczne i brakuje mi
koordynacji myśli i działań. Wtedy spojrzałam na drugą stronę ulicy -
stał tam policjant. Ponieważ jest zakaz palenia na przystanku,
przestraszyłam się (mimo że odbierałam od niego niejasne ciepłe
sygnały), że mógł mnie przyuważyć, więc postanowiłam się oddalić -
szłam, ale moje ciało było bardzo słabe, z każdym krokiem słabsze i
byłam bliska utraty przytomności i rozpłynięcia się. W tym satnie
wróciłam do świadomości i zarzuciłam dalsze starania o OOBE na tamten
dzień. Przekaz był jasny, mógł płynąć od mojej Wyższej Jaźni, policjant
kojarzy mi się z przykrymi konsekwencjami emocjonalnymi, jakie mogłyby
mieć miejsce, gdybym teraz, w tak osłabionym nowymi doświadczeniami,
zdezorientowanym umyśle, dokonała wyjścia. Wypalony papieros oznaczał
brak energii do takiej podróży. Postanowiłam więc podładować
akumulatory. Przez dwie noce spałam twardym snem, nie planując OOBE. W
dzień wykonywałam relaksację i sprawdzałam, czy to może "już", czy się
wzmocniłam. Ale nie, kończyło się przyjemnym stanem odprężenia i
zwyczajnym wypoczynkiem.
Dzisiejszej nocy postanowiłam "zaatakować" kolejny raz, zmieniając
trochę procedurę (tak mi poradzono). No i niby coś było, ale daleko to
do wrażeń z pierwszego razu. Nastawiłam budzik na 3-cią, ale zadzwonił o
4-tej (wtedy sobie przypomniałam, że nie zmieniłam czasu w telefonie z
zimowego na letni). Gdy ogarnęłam pamięcią mój 5-godzinny sen,
przypomniałam sobie scenę uczenia mnie czegoś związanego z OOBE,
wszystko odbywało się barwnym światłem, kształtem, ruchem i
głosem-myślą, nie było tam żadnych istot w znaczeniu ludzkim, a jednak
wypełniały mnie uczucia pełnego kontaktu z jakąś potężną i ciepła siłą.
Wszystko było bardzo poruszające. Jedyny przekaz, który udało mi się
przełożyć na język werbalny, to pewne zdanie - wytrych: "Gdy wokół
wiruje Nieświadome, w centrum tworzy się Świadome". Gdy byłam wewnątrz
tego snu, to wirowanie Nieświadomego i pojawianie się Świadomego,
pokazywano mi "na własnej skórze", kilka razy powtarzano aż zrozumiałam
(pojawiła się specyficzna emocja, oznaczająca załapanie), jednak gdy się
obudziłam, zostało mi tylko to marne zdanie, którego nie rozumiem (lewa
półkula mózgu wkroczyła do akcji, na moje nieszczęście). OOBE
Podróżnicy często opisują jakieś takie dziwne lekcje, które są im dawane
po tamtej stronie, ja pierwszy raz się z czymś takim zetknęłam. Mimo,
że wiedziałam, że to coś ważnego, pomocnego, nie umiałam tego świadomie
wykorzystać w próbie wyjścia poza ciało, którą przeprowadziłam po
niecałej godzinie. Jednak ta próba nie wydawała się tak bezowocna jak
wszystkie poprzednie z ostatnich dni. Prawdopodobnie byłam poza ciałem
(ale bez przygód, na jakie miałam nadzieję), czego jednak nie
zauważyłam. No właśnie, po serii nieprzyjemnych energii, wibracji i
przewracania mi się wszystkiego w ciele, straciłam cierpliwość i
otworzyłam oczy. Zobaczyłam swój pokój, słońce wali przez okno (uff, nie
cierpię tych poranków, które teraz wiosna mi tak często funduje),
rozejrzałam się, wszystko na swoim miejscu, nic dziwnego nie widzę.
Tylko moje ciało jest jakieś unieruchomione, a nawet tak jakby go w
ogóle nie było, nie czuję go zupełnie, a nawet nie widzę. Po kilku
sekundach "odnalazłam" je, tzn. czułam swoje oddychanie. Postanowiłam
wykonać kolejną próbę, tę uznając za nieskuteczną, więc zamknęłam
ponownie oczy i powtórzyłam końcowe części procedury. Gdy już ponownie
naszły wibracje i pulsowanie i zaczęłam intensywniej pracować nad
uwolnieniem się z tej śpiącej materii, moja uwaga poszybowała z powrotem
do ciała (wtedy myślałam, że do fizycznego, ale znów się pomyliłam) -
poczułam przyjemny dyskomfort w pewnej jego części i mimo, że czułam, że
jest za wcześnie na próby ruchu ręką, ruszyłam nią, zmieniając jej
pozycję. Wtedy ten dyskomfort natychmiast przeszedł. Nie chcąc zmarnować
procesu, przestałam się ruszać, mając nadzieję, że moje ciało po
krótkiej chwili znów wejdze w paraliż przysenny, co wydało mi się
możliwe, bo prawie go (ciała) nie czułam. Jednak wszystko to było już
zbyt męczące i w końcu się wycofałam. Spokoju nie dawała mi tylko ta
przemieszczona ręka, której położenia nie mogłam zidentyfikować, coś tu
było nie tak. Po wybudzeniu ciała, odzyskania czucia, pierwsze, co
zrobiłam, to właśnie uzyskanie odpowiedzi na pytanie: gdzie ta moja
ręka. Jakie było moje zdziwienie, gdy stwierdziłam, że łapa leży tak,
jak ją ułożyłam przed rozpoczęciem całej procedury, w trakcie
relaksacji. Otworzenie oczu też nie było tak łatwe, jak "zrobiłam to" za
pierwszym razem. Powieki były sklejone, światło raziło tak, że przez
kilka minut nie mogłam patrzeć. I wtedy do mnie dotarło - 2 razy przez
te półtorej godziny byłam poza ciałem - raz patrzyłam na swój pokój
oczami ciała astralnego, sądzac, że patrzę fizycznymi, drugi raz
zmieniłam pozycję ręki ciała astralnego, sądząc, że poruszyłam fizyczną.
No niech to szlag! Zmarnowałam 2 wyjścia!