Po pierwszym "wyjściu" przez kilka dni byłam bardzo podekscytowana i
usilnie próbowałam "tam" wrócić. Po w sumie 7 godzinach bezowocnych
prób, stwierdziłam, że to podekscytowanie przeszkadza i blokuje mnie,
utrudnia głęboką relaksację (z płytką nie mam już problemu), więc
pogodziłam się z tym, że na kolejne wyjście nie jestem gotowa, że musi
coś we mnie dojrzeć. Do takiego wniosku skłonił mnie też krótki
kilkuminutowy (raczej nieświadomy) sen, który pojawił się w trakcie
jednej z prób świadomego opuszczenia ciała - byłam w nim na przystanku
autobusowym z tlącym się papierosem w dłoni (był już wypalony do końca).
Papieros wypadł mi na ziemię, podniosłam go, by wyrzucić do kosza i
wtedy poczułam, że moje ciało jest bardzo anemiczne i brakuje mi
koordynacji myśli i działań. Wtedy spojrzałam na drugą stronę ulicy -
stał tam policjant. Ponieważ jest zakaz palenia na przystanku,
przestraszyłam się (mimo że odbierałam od niego niejasne ciepłe
sygnały), że mógł mnie przyuważyć, więc postanowiłam się oddalić -
szłam, ale moje ciało było bardzo słabe, z każdym krokiem słabsze i
byłam bliska utraty przytomności i rozpłynięcia się. W tym satnie
wróciłam do świadomości i zarzuciłam dalsze starania o OOBE na tamten
dzień. Przekaz był jasny, mógł płynąć od mojej Wyższej Jaźni, policjant
kojarzy mi się z przykrymi konsekwencjami emocjonalnymi, jakie mogłyby
mieć miejsce, gdybym teraz, w tak osłabionym nowymi doświadczeniami,
zdezorientowanym umyśle, dokonała wyjścia. Wypalony papieros oznaczał
brak energii do takiej podróży. Postanowiłam więc podładować
akumulatory. Przez dwie noce spałam twardym snem, nie planując OOBE. W
dzień wykonywałam relaksację i sprawdzałam, czy to może "już", czy się
wzmocniłam. Ale nie, kończyło się przyjemnym stanem odprężenia i
zwyczajnym wypoczynkiem.
Dzisiejszej nocy postanowiłam "zaatakować" kolejny raz, zmieniając
trochę procedurę (tak mi poradzono). No i niby coś było, ale daleko to
do wrażeń z pierwszego razu. Nastawiłam budzik na 3-cią, ale zadzwonił o
4-tej (wtedy sobie przypomniałam, że nie zmieniłam czasu w telefonie z
zimowego na letni). Gdy ogarnęłam pamięcią mój 5-godzinny sen,
przypomniałam sobie scenę uczenia mnie czegoś związanego z OOBE,
wszystko odbywało się barwnym światłem, kształtem, ruchem i
głosem-myślą, nie było tam żadnych istot w znaczeniu ludzkim, a jednak
wypełniały mnie uczucia pełnego kontaktu z jakąś potężną i ciepła siłą.
Wszystko było bardzo poruszające. Jedyny przekaz, który udało mi się
przełożyć na język werbalny, to pewne zdanie - wytrych: "Gdy wokół
wiruje Nieświadome, w centrum tworzy się Świadome". Gdy byłam wewnątrz
tego snu, to wirowanie Nieświadomego i pojawianie się Świadomego,
pokazywano mi "na własnej skórze", kilka razy powtarzano aż zrozumiałam
(pojawiła się specyficzna emocja, oznaczająca załapanie), jednak gdy się
obudziłam, zostało mi tylko to marne zdanie, którego nie rozumiem (lewa
półkula mózgu wkroczyła do akcji, na moje nieszczęście). OOBE
Podróżnicy często opisują jakieś takie dziwne lekcje, które są im dawane
po tamtej stronie, ja pierwszy raz się z czymś takim zetknęłam. Mimo,
że wiedziałam, że to coś ważnego, pomocnego, nie umiałam tego świadomie
wykorzystać w próbie wyjścia poza ciało, którą przeprowadziłam po
niecałej godzinie. Jednak ta próba nie wydawała się tak bezowocna jak
wszystkie poprzednie z ostatnich dni. Prawdopodobnie byłam poza ciałem
(ale bez przygód, na jakie miałam nadzieję), czego jednak nie
zauważyłam. No właśnie, po serii nieprzyjemnych energii, wibracji i
przewracania mi się wszystkiego w ciele, straciłam cierpliwość i
otworzyłam oczy. Zobaczyłam swój pokój, słońce wali przez okno (uff, nie
cierpię tych poranków, które teraz wiosna mi tak często funduje),
rozejrzałam się, wszystko na swoim miejscu, nic dziwnego nie widzę.
Tylko moje ciało jest jakieś unieruchomione, a nawet tak jakby go w
ogóle nie było, nie czuję go zupełnie, a nawet nie widzę. Po kilku
sekundach "odnalazłam" je, tzn. czułam swoje oddychanie. Postanowiłam
wykonać kolejną próbę, tę uznając za nieskuteczną, więc zamknęłam
ponownie oczy i powtórzyłam końcowe części procedury. Gdy już ponownie
naszły wibracje i pulsowanie i zaczęłam intensywniej pracować nad
uwolnieniem się z tej śpiącej materii, moja uwaga poszybowała z powrotem
do ciała (wtedy myślałam, że do fizycznego, ale znów się pomyliłam) -
poczułam przyjemny dyskomfort w pewnej jego części i mimo, że czułam, że
jest za wcześnie na próby ruchu ręką, ruszyłam nią, zmieniając jej
pozycję. Wtedy ten dyskomfort natychmiast przeszedł. Nie chcąc zmarnować
procesu, przestałam się ruszać, mając nadzieję, że moje ciało po
krótkiej chwili znów wejdze w paraliż przysenny, co wydało mi się
możliwe, bo prawie go (ciała) nie czułam. Jednak wszystko to było już
zbyt męczące i w końcu się wycofałam. Spokoju nie dawała mi tylko ta
przemieszczona ręka, której położenia nie mogłam zidentyfikować, coś tu
było nie tak. Po wybudzeniu ciała, odzyskania czucia, pierwsze, co
zrobiłam, to właśnie uzyskanie odpowiedzi na pytanie: gdzie ta moja
ręka. Jakie było moje zdziwienie, gdy stwierdziłam, że łapa leży tak,
jak ją ułożyłam przed rozpoczęciem całej procedury, w trakcie
relaksacji. Otworzenie oczu też nie było tak łatwe, jak "zrobiłam to" za
pierwszym razem. Powieki były sklejone, światło raziło tak, że przez
kilka minut nie mogłam patrzeć. I wtedy do mnie dotarło - 2 razy przez
te półtorej godziny byłam poza ciałem - raz patrzyłam na swój pokój
oczami ciała astralnego, sądzac, że patrzę fizycznymi, drugi raz
zmieniłam pozycję ręki ciała astralnego, sądząc, że poruszyłam fizyczną.
No niech to szlag! Zmarnowałam 2 wyjścia!