Spałam dziś długo, prawie do 10-tej, i miałam świadomy lub raczej przedświadomy sen. Akcja rozgrywała się nad jeziorem - pływałam jakimiś łódkami, chodziłam boso po trawie i ścieżkach. W pewnym momencie pomyślałam: przecież ja śnię, spróbuję zrobić jakiś test rzeczywistości. Zdecydowałam, że obejrzę swoje ręce. Sen był bardzo płytki i co jakiś czas wyskakiwałam z niego - wtedy czułam, że marzę na jawie i jestem świadoma swoich fizycznych zamkniętych powiek. Gdy chciałam spojrzeć na swoje dłonie, trafiłam właśnie na tę fazę, ale chwilę później wróciłam do snu i udało mi się otworzyć oczy. Przyglądałam się swoim dłoniom jakiś czas, wyglądały identycznie z tymi fizycznymi i rozczarowana skłaniałam się ku stwierdzeniu, że jednak nie śnię. Jednak nagle zaczęły się mienić różnymi kolorami, jakby były obsypane błyszczącymi się drobinkami metalu. Patrzyłam na to z zachwytem, zastanawiając się skąd ten blask. Miałam dowód, że śnię i prawie w to uwierzyłam. Byłam wtedy na łódce, coś w rodzaju kajaku, siedziałam na przednim miejscu, a ktoś z tyłu wiosłował. Przemieszczaliśmy się pomiędzy drzewami rosnącymi po brzegach wody, obsypanymi kwiatami. Ich kolory były bardzo jaskrawe i wyglądało to przepięknie. A więc stąd ta poświata na moich dłoniach - odbija się światło od kwiatów. Mając wytłumaczenie dla dziwnego wyglądu dłoni, nie byłam już przekonana, czy to jawa, czy sen. Chciałam unieść się w powietrze, oderwać się od łódki choć odrobinę, by mieć kolejny dowód, że śnię, ale nic mi nie wychodziło - ciało było ciężkie jak w rzeczywistości. W dodatku wysiłek emocjonalny i intelektualny związany ze skupieniem się na tym, by lewitować, sprawił, że wróciłam do stanu jawy.
skomentuj (0)